Związki zawodowe powinny powrócić do swojej roli

Felieton Michała Tomczaka w dzienniku "Rzeczpospolita"  z dnia 30 czerwca 2016 roku.

Związki zawodowe występowały w Polsce w najróżniejszych rolach, przy czym najrzadziej ze wszystkiego były związkami zawodowymi. W Polsce Ludowej były tzw. pasem transmisyjnym. Dzisiaj to określenie wydaje się obraźliwe czy wręcz obrzydliwe, ale wtedy głosiła je bez żenady doktryna. Potem stały się zarzewiem i oparciem rewolucji, zgodnie z teorią Jacka Kuronia, że rewolucję w krajach dyktatury proletariatu może zrobić tylko proletariat. Później przyszedł kapitalizm i związki, jak każdy rewolucjonista, miały ogromny problem z zabraniem się do codziennej, raczej nudnej i niewdzięcznej roboty. To dało skutek w postaci dramatycznego upośledzenia ruchu związkowego i w ogóle roli przedstawicielstwa pracowniczego w Polsce, nie tylko w porównaniu z krajami o wieloletniej tradycji związkowej, ale także z innymi, bliższymi nam poziomem rozwoju.

Związki są obecne głównie w wielkich i słabo stojących firmach państwowych. Ich strategia w dużej mierze polega tam na wyduszaniu pieniędzy z budżetu, ostatecznie prowadząc, jak w wielu tego rodzaju przypadkach, do faktycznej, choć skrzętnie ukrywanej, upadłości tych firm. Są także obecne, na zasadzie pakietów socjalnych, w państwowych firmach przejętych przez prywatnych właścicieli. Tam ich rola ściśle wiąże się z pakietem i z czasem będzie marginalizowana.

W zdecydowanej większości nowych, nawet bardzo dużych firm, po prostu nie ma tych organizacji. Prezesi i HR-owcy odnoszą się do tego z nieskrywaną ulgą.

Czy jest miejsce na inne, nowe związki i czy pracodawcy mogliby z nich mieć pożytek? W ostatnich latach w dużych firmach pojawiają się związki w oczywisty sposób inspirowane przez wielkie, europejskie centralne związkowe, np. Uniglobal. To bardzo zamożne i sprawne organizacje o zinstytucjonalizowanej pozycji. Wiele unijnych aktów prawa pracy – co jest zupełnym wyjątkiem na tle innych legislacji – ma charakter porozumień wielostronnych z udziałem organizacji pracodawców i pracowników. Te organizacje, które – według własnej oceny - osiągnęły maksimum rozwoju w krajach bogatego Zachodu poszukują kierunków dalszej ekspansji. Wynika to z natury takich organizacji, które działają podobnie jak firmy w biznesie (albo jest zwijanie biznesu, albo rozwijanie, nigdy stagnacja). Stąd i w tym przypadku inspiracja pochodzi z zewnątrz i nie jest wynikiem organizowania naturalnie wyłaniających się potrzeb społecznych polskich pracowników.

Przedstawicielstwu nie pomaga też ustawa o związkach zawodowych z 1991 r., która jest „obciążonym” aktem prawnym. Wolność związkowa w czasach Lecha Wałęsy miała znaczenie relikwii i nikt specjalnie nie zastanawiał się nad tym, jak powinna wyglądać, żeby był z niej pożytek dla pracowników. To też spowodowało, że choć stara ustawa nie spełnia przesłanek nowoczesnej legislacji, czyli szkodzi właściwie wszystkim poza grupą zawodowych działaczy, żaden polityk nie ośmiela się za nią zabrać. I to choćby nie wiem jak racjonalne argumenty przemawiały za jej zmianą.

Oczywiście, sama ustawa nie odmieni obyczajowości pracowniczej. Ale centrale powinny sobie odpowiedzieć na pytanie, czy obecna struktura uzwiązkowienia w Polsce i rola związków odpowiada potrzebom pracujących i wymogom nowoczesnej gospodarki. Innymi słowy, trzeba zastanowić się nad tym, czy ta stara, niekonkretna, po prostu niedobra ustawa nie hamuje rozwoju przedstawicielstwa pracowniczego. Oczywiście głównie rozwojowi temu przeszkadza pasywność zatrudnionych lub ich historycznie uwarunkowane wystraszenie. Ale jeżeli obecny rynek pracy utrzyma się w Polsce w tej postaci dłużej, przewaga pracodawców w naturalny sposób stopnieje.

Nie ma powszechnej zgody, w jakim kierunku zmieniać ustawę. Mechanizmy ochrony związkowców, zarówno przed zwolnieniem z pracy, jak i udzielone im przywileje co do czasu pracy utrwalają swoiste synekury, w których głównym celem działaczy staje się ich własna pozycja. Pasywność załóg powoduje, że nie oczekują one wiele lub zgoła nic od aktywistów, którzy z kolei ani nie wiedzą, ani nie chcą wiedzieć, w czym mieliby służyć pracownikom.

Taki proces oligarchizacji starych związków oczywiście niekoniecznie tłumaczy, dlaczego organizacje przedstawicielskie nie powstają w nowych i rosnących firmach. Obłudne wyjaśnienie właściciela firmy byłoby takie, że pracownikom jest dobrze, więc po co im związki. To jednak nieprawda, bo pracodawca siłą rzeczy nie wie wszystkiego, co powinien wiedzieć. Być może też te wzorce działania, które przyjęły się w uzwiązkowionych firmach, nie zachęcają załóg innych zakładów.

Niewątpliwie obecna ustawa nie sprzyja związkowej aktywności załóg. Czy znajdą się jednak odważni, aby to jasno powiedzieć? Lista tematów do załatwienia dla związków jest długa i wcale nie maleje. Po 27 latach od przełomu ustrojowego związki zawodowe powinny wreszcie stać się związkami zawodowymi.

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

Kancelaria rozwija praktykę transakcyjną, nieruchomościową i okołogiełdową.

Obsługując ponad 100 podmiotów gospodarczych rozwija także praktykę korporacyjną.

Kancelaria Prawa Pracy, FATCA i Prawo Piłki Nożnej to kolejne dziedziny specjalizacji Kancelarii. Kancelaria i jej prawnicy rozwinęli szereg węższych, ścisłych specjalizacji prawniczych, opierając je na dotychczas zdobytym w tego typu sprawach doświadczeniu.

 Do góry