Roszczenia za nadgodziny

Felieton Michała Tomczaka w dzienniku "Rzeczpospolita" z dnia 14 lipca 2016 roku (dodatek: Praca i ZUS).

Polacy pracują jak szaleni. Można odnieść wrażenie, że pierwszy raz w historii uwierzyli w sens ciężkiej pracy. I to w dodatku tu, w Polsce. Nadliczbowy czas pracy staje się więc największym zasobem roszczeń w prawie pracy.

W bardzo wielu zawodach zatrudnieni nie rozliczają nadgodzin bez względu na to, w jakim systemie czasu pracy wykonują swoje obowiązki. Pracodawcy zwykle narzucają pewien standard rozliczania czasu pracy przy założeniu, że szef niezadowolony z wyników pracownika zawsze może go zwolnić. Może to zrobić także wtedy, gdy podwładny będzie domagał się za dużo pieniędzy, choćby przez rozliczenie nadgodzin.

To już jednak trochę niewspółczesny pogląd. W wielu branżach w Polsce brakuje pracowników i pracodawcy mogą coraz mniej i coraz trudniej narzucać im swój standard rozliczeń.

To nie wszystko. O ile w świetle regulacji kodeksowej to pracodawca musi prowadzić ewidencję nadgodzin, to przecież z tego, że takiego wykazu nie prowadzi, nie wynika, że nadgodzin nie ma i że roszczenie z tego tytułu zanika i nigdy się nie pojawi. Pracownik może przecież prowadzić własną ewidencję. I może ją przedstawić w sądzie wraz z innymi dowodami.

Roszczenie z całą ewidencją przedawnia się z upływem trzech lat. Przez trzy lata suma nadgodzin w przypadku ważnych, dobrze zarabiających pracowników może dojść do kilkuset tysięcy złotych.

Orzecznictwo Sądu Najwyższego bardzo mocno popiera roszczenia o nadgodziny i to właściwie od wielu lat. Kluczowe dla niego są dwa zakresy pojęciowe – pozostawanie w dyspozycji pracodawcy oraz dychotomia czasu pracy i czasu odpoczynku. To pierwsze jest jednoznaczną treścią przepisu kodeksu pracy, to drugie - ciągle niejasnym konceptem, zdumiewająco niejasnym jak na jego skutki.

Sztandarowym orzeczeniem w kwestii pozostawania w dyspozycji pracodawcy jest wyrok Sądu Najwyższego z 6 maja 2014 r. (II PK 219/13). Sprawozdawcą był sędzia Józef Iwulski, chyba najbardziej autorytatywna postać w Izbie Pracy SN. W tej sprawie powódka (w wielkiej firmie kosmetycznej, o niezwykle rozbudowanej sieci sprzedaży terenowej) spędzała większość czasu w samochodzie, jeżdżąc po powierzonym regionie. Podlegało jej kilkanaście tysięcy konsultantek (to nazwa stosowana w tej firmie dla przedstawicieli handlowych). Z tego jeżdżenia powstały setki nadgodzin. Nie ulegało wątpliwości, że w trakcie poruszania się po Polsce powódka (wożona także przez męża) załatwiała różne swoje sprawy. Co więcej, uczyła się w związku ze studiami, które zresztą w trakcie zatrudnienia ukończyła. Oczywiście nie wykonywała pracy przez cały ten czas, kiedy doglądała biznesu, jeżdżąc po kraju. I z tą ewidencją poszła do sądu, a Sąd Najwyższy, uchylając wyrok sądu apelacyjnego, co do zasady i bardzo sugestywnie przyznał jej rację, przyjmując, że ta pani przez cały czas pozostawała do dyspozycji pracodawcy. Kluczowa, w zasadzie oczywista teza tego wyroku, była właśnie taka: nie chodzi o to, czy pracownik pracuje, chodzi o to, czy jego czas jest w zupełności oddany pracodawcy. W pewnym uproszczeniu oznacza to, że tym czasem pracownik nie może swobodnie dysponować. Co gorsza dla pracodawcy – w tej sprawie powódka, z racji wymogów narzuconych przez samego pracodawcę, bardzo ściśle ewidencjonowała godziny swojej pracy.

Równie klasyczny wyrok, tym razem na gruncie prawa europejskiego, wydał 10 września 2015 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Sprawa C-266/14 wynikła na tle interpretacji dyrektywy 2003/88/WE dotyczącej niektórych aspektów organizacji czasu pracy.

Zasadniczy motyw tego orzeczenia polega na tym, że pracownik albo jest w pracy, albo ma czas odpoczynku. Przy czym dyrektywa definiuje unijny okres odpoczynku jako każdy okres, który nie jest czasem pracy. Nie ma więc niczego po środku.

W tej sprawie unijny sąd orzekł, że pracownicy – instalatorzy urządzeń alarmowych – byli w pracy już od momentu wyjścia z domu. Oczywiście wyrok jest kontekstowy, ponieważ pracodawca nie stworzył pracownikom „bazy” w postaci stałego miejsca pracy, kilka lat wcześnie likwidując rozsiane po całej Hiszpanii centra regionalne.

Czy to precedensowy wyrok? Bo precedens ten zmierzałby w bardzo niebezpiecznym systemowo kierunku, zgodnie z którym do czasu pracy powinna być liczona droga do pracy. A przecież ona także nie może być uznana za czas odpoczynku pracownika. Ta więc ambitna teza z dyrektywy, że albo jest praca, albo odpoczynek, zasadniczo bierze w łeb.

Wszyscy czujemy, że znów prawo pracy brnie w kazuistykę i precedensowość. Co zwykle w fazie wypracowania nieprzemakalnej linii orzeczniczej, czyli przez jakieś 20 lat, oznacza, że nie wiadomo, co się zdarzy. A zegar z nadgodzinami tyka przez trzy lata i to każdego dnia.

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

Kancelaria rozwija praktykę transakcyjną, nieruchomościową i okołogiełdową.

Obsługując ponad 100 podmiotów gospodarczych rozwija także praktykę korporacyjną.

Kancelaria Prawa Pracy, FATCA i Prawo Piłki Nożnej to kolejne dziedziny specjalizacji Kancelarii. Kancelaria i jej prawnicy rozwinęli szereg węższych, ścisłych specjalizacji prawniczych, opierając je na dotychczas zdobytym w tego typu sprawach doświadczeniu.

 Do góry