Nieważny agnaż prezesa

Felieton Michała Tomczaka w dzienniku "Rzeczpospolita" z dnia 25 sierpnia 2016 roku.

Całkiem sporo wyrafinowanych konstrukcji buduje się w prawie pracy wokół łącznego traktowania funkcji członka zarządu i zawartej przez niego umowy o pracę. Liczba konfiguracji jest niemal nieograniczona. Teoretycznie można te dwa stosunki prawne traktować zupełnie odrębnie. Można np. zastanawiać się nad tym, czy odwołanie z funkcji członka zarządu stanowi wystarczającą przesłankę rozwiązania umowy o pracę.

Niewykluczone jest zatem tworzenie kompletnie fikcyjnych konstrukcji prawnych, co jak wiadomo, stanowi ulubione zajęcie prawników.

Wszystkie te problemy, moim zdaniem, wynikają z wadliwego rozwiązania zasadniczego paradygmatu co do kwestii – jakiego rodzaju pracę w istocie rzeczy wykonuje członek zarządu lub lepiej – zarządca w biznesie.

Pamiętam, że gdy na początku lat 90-tych, po zadeklarowaniu powrotu kapitalizmu w Polsce, z pewnym zaskoczeniem przyjęliśmy odkrycie, iż członek zarządu w ogóle nie musi mieć umowy o pracę, jak nauczył największy znany mi profesor prawa Maurycy Allerhand. Nasze myślenie wtedy było jednak spętane i wielu rzeczy nie rozumieliśmy. Przyjmowaliśmy raczej, że jak ktoś pracuje, to musi mieć umowę o pracę. Później wszelkie ćwiczenia dotyczące statusu członków zarządu były motywowane przede wszystkim podatkowo. Krótko mówiąc – członek zarządu miał dostawać dużo jako osoba z władz spółki, a mało na umowę o pracę. Z tej drugiej podstawy obliczana była składka na ubezpieczenie społeczne, która miała być tak mała, jak tylko się dało.

W owym czasie na użytek własny, czyli na użytek moich klientów, wywiodłem teorię, którą następnie opisywałem w umowach. Zgodnie z nią funkcja członka zarządu dotyczy jego występowania na zewnątrz, natomiast do wewnątrz, czyli w zarządzaniu spółką, podstawą jest umowa o pracę. Nietrudno zauważyć, że moja genialna teoria niekoniecznie był zgodna z kodeksem handlowym czy później – kodeksem spółek handlowych.

Zasadniczo bowiem funkcja członka zarządu obejmuje wszystko, czym on się w spółce zajmuje. I naprawdę nie wiem, jak w sensowny i logiczny sposób można podzielić działalność jednego człowieka na tę, którą wykonuje jako zarząd i tę, którą realizuje na podstawie umowy o pracę lub kontraktu menedżerskiego.

Prawdę mówiąc, w tym wszystkim od początku był jakiś strukturalny, zasadniczy fałsz. Bo przecież członek władz spółki tak naprawdę nie wykonuje pracy w warunkach podporządkowania, a w każdym razie nie jest to podporządkowanie w podstawowym, logicznym rozumieniu. Nie jest więc podległy osobie, która podporządkowanemu wydaje polecenia i ocenia jego pracę. Owszem, zwierzchnikiem członka władz jest spółka, ale przecież nie są nimi np. właściciele spółki. Tym ostatnim zresztą ustawowo nie wolno wydawać poleceń członkom zarządu.

Postać zwierzchnika jest niespersonalizowana, co w moim przekonaniu w zupełności przeczy możliwości odnoszenia art. 22 [1] kodeksu pracy do członka zarządu.

Z tych przyczyn sądzę, że jedyną podstawą pełnienia funkcji członka zarządu powinna być uchwała powołująca go do jej wykonywania. Ta sama uchwała powinna ustalić warunki pełnienia tej funkcji. I już. I to byłoby zgodne z koncepcją członka zarządu z kodeksu spółek handlowych.

Oczywiście, podpórką takiego rozwiązania jest kontrakt menedżerski. Ale tu raczej chodzi wyłącznie o większą łatwość negocjowania i dokonywania ustaleń w kontrakcie. Tu przynajmniej jest jasne, że nie ma mowy o podporządkowaniu. W tym sensie kontrakt menedżerski stanowi swoistą emanację kontraktową uchwały o powołaniu członka zarządu i ustaleniu warunków jego zatrudnienia. Prawdę mówiąc, te warunki zawsze powinny odpowiadać woli właścicieli spółki. Ale umowa o pracę? Na nią w relacji z prezesem nie ma miejsca.

Bogate orzecznictwo sądowe dotyczące umów o pracę zawieranych dla pozoru, bez rzeczywistego zamiaru świadczenia pracy, dotyczy oczywiście innych, raczej pospolitych sytuacji. Zazwyczaj chodzi w tych przypadkach o wyłudzenie świadczenia z ubezpieczenia społecznego. Ale przecież przy umowie o pracę zawieranej przez członka zarządu także nie chodzi o rzeczywiste świadczenie pracy w warunkach podporządkowania.

Wszystko to prowadzi mnie do nieco radykalnego wniosku, że wszystkie umowy o pracę zawierane z członkami zarządu są nieważne z mocy prawa, gdyż podpisywane są dla pozoru. Na pewno nie może chodzić w nich o zawarcie angażu w warunkach podporządkowania. Czyli chodzi o coś innego. Oczywiście tak przyjęte umowy, zgodnie z przepisami o pozorności, można „ocalić” jako umowy dotyczące czegoś innego niż świadczenia pracy jako pracy. Wtedy jednak zapewne okażą się one nikomu niepotrzebne. Quod erat demonstrandum.

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

Kancelaria rozwija praktykę transakcyjną, nieruchomościową i okołogiełdową.

Obsługując ponad 100 podmiotów gospodarczych rozwija także praktykę korporacyjną.

Kancelaria Prawa Pracy, FATCA i Prawo Piłki Nożnej to kolejne dziedziny specjalizacji Kancelarii. Kancelaria i jej prawnicy rozwinęli szereg węższych, ścisłych specjalizacji prawniczych, opierając je na dotychczas zdobytym w tego typu sprawach doświadczeniu.

 Do góry