Kanon sprawiedliwości (numer 1)

Felieton Michała Tomczaka dla dziennika "Rzeczpospolita" z dnia 8 wrzesnia 2016 roku (dodatek: Praca i ZUS).

Mam zamiar na potrzeby tutejszej rubryki stworzyć kanon sprawiedliwości. Oczekuję w związku z tym, rzecz prosta, otrzymania nagrody Nobla z filozofii, przy czym obiecuję, że pomimo jej otrzymania będę dalej pisał na tych łamach.

Przy czym ostatecznie, mogę się pogodzić również z tym, że takiej nagrody nie dostanę, skoro jej nie ma.

Mówiąc o kanonie sprawiedliwości mam na myśli zidentyfikowanie na użytek funkcjonowania prawa i sądów kilku zasad, z którymi bezwarunkowo skojarzone jest poczucie sprawiedliwości. Taki dekalog na gruncie prawa pracy.

Test pierwszowrażeniowy

W sądach wiele jest spraw w których pojęcie sprawiedliwości jest trudne do wykrycia. Po prostu w takich sprawach nie ma rozstrzygnięcia jednoznacznie sprawiedliwego. Dotyczy to może zwłaszcza wysoce abstrakcyjnych sporów prawniczych lub też, chociażby – takich spraw, których wynik w istocie rzeczy zależy nie od sądu, lecz od opinii biegłego.

Ale ja tu mówię o takich sprawach, do których poczucie sprawiedliwości da się odnieść w prosty sposób za pomocą testu pierwszego wrażenia. Czasem zdarza się niestety także, że wyroki z gruntu niesprawiedliwe wydaje Sąd Najwyższy i to jest dla prawnika z kilkudziesięcioletnim stażem naprawdę przykre.

Gdy wyrok jest niesprawiedliwy nie ma dla mnie większego znaczenia, jak wyrafinowany jest wywód sądu, ani także to, jaka jest tradycja orzecznictwa Sądu Najwyższego w takich sprawach. Niesprawiedliwość jest jak ukłucie w mostku – nie sposób twierdzić, że się nam tylko wydaje, a nawet jeżeli się nam wydaje, to jest.

Na użytek tych rozważań przyjmuję pierwszy kanon sprawiedliwości oczywistej, czyli, według testu, pierwszowrażeniowej.

Brzmi on tak: Jeżeli przysługiwało mi pewne prawo, którego zostałem nielegalnie pozbawiony, to przywrócenie prawa ma doprowadzić do zwrotu wszystkiego, co według własnego wyboru mógłbym w związku z tym prawem otrzymać.

Było tak.

Pewien pan był prezesem zarządu spółki. Zwolniono go dyscyplinarnie 7 lutego 2007 roku. Ów pan prezes odwołał się od zwolnienia i po kilku (jakże by inaczej) latach procesu wygrał sprawę i otrzymał odszkodowanie w wysokości jednomiesięcznego wynagrodzenia. Niedużo, ale tak sądy zasądzają. Jest to, jak wiadomo, całkowicie umowne rozwiązanie i nie świadczy o niczym, w sensie winy spółki ani nie mówi nic o tym, jak długo prezes pozostawałby w zatrudnieniu, gdyby go niesłusznie nie wyrzucono z pracy.

Wskutek wygrania sprawy nasz pan prezes otrzymał świadectwo z którego wynikało, że pozostawał w zatrudnieniu do dnia 30 czerwca 2007 roku. Czyli, o ile dobrze rozumiem, przez taki okres do którego byłby zatrudniony, gdyby rozwiązano z nim umowę na podstawie wypowiedzenia, czyli zgodnie z prawem. Ta kwestia, jak się potem okaże, nie stała się przedmiotem jakiejkolwiek refleksji sądów powszechnych ani Sądu Najwyższego. W szczególności sądy nie powiedziały, że to świadectwo było wadliwe i w ogóle – co ono oznacza. Z punktu widzenia kanonu sprawiedliwości o który mi tu chodzi – kwestia ta ma znaczenie podstawowe.

Nasz pan prezes wystąpił, mając w ręku prawomocny wyrok potwierdzający wadliwość działania swojej byłej spółki, o premie za dwa kwartały 2007 roku oraz za ekwiwalent za urlop za połowę 2007 roku.

Sądy powszechne oddaliły roszczenie jako przedawnione, co swoją drogą (choć nie o tym tu piszę) jest także rodzajem niezdrowej przewrotności, ponieważ tak długo, jak długo nasz prezes nie wiedział, czy wygra sprawę, tak długo nie mógł występować o zaległe świadczenia. Tego typu traktowanie przedawnienia – niestety codzienne w polskich sądach – stanowi zachętę do wnoszenia do sądu spraw w ciemno po to, by je następnie zawieszać.

I to już były moim zdaniem wyroki niesprawiedliwe, ale ukryte za typowo prawniczym (w sensie hermetyczności) argumentem, jakim jest przedawnienie. Ale to zupełnie nic w porównaniu z tym, co zrobił Sąd Najwyższy.

Niesprawiedliwość w wydaniu najwyższym

Sąd powiedział, że nie ma żadnego przedawnienia. Natomiast powiedział, powołując się na tak zwany dorobek orzecznictwa, że okresy pozostawania bez pracy (wyliczane do okresu zatrudnienia) nie są okresami zatrudnienia ani okresami uznawanymi za okres zatrudnienia, lecz jedynie podlegają zaliczeniu do stażu pracy. (Dla ułatwienia dodam, że pojęcie „stażu pracy” w całym kodeksie występuje raz, przy okazji przepisów o dyskryminacji.).

I dlatego naszemu prezesowi nic się nie należy, ani premie za dwa kwartały, ani ekwiwalent za urlop. Nic.

Nie chcę tu już drążyć bezsensowności tych przepisów, które wprowadzają dla różnych potrzeb tyle różnych klasyfikacji czasu zatrudnienia, bo nikt normalny za tym nie nadąży. Mnie chodzi o podstawowe gołe fakty w tej sprawie.

Czyli:

1) człowieka (prezesa) zwolniono dyscyplinarnie;

2) zwolnienie okazało się niezasadne, czyli po ludzku powiedziawszy, nielegalne;

3) gdyby go nie zwolniono dyscyplinarnie, to dostałbym wypowiedzenie;

4) mając wypowiedzenie – pracowałby (według tamtych przepisów) tak długo, jak długo by chciał do końca okresu wypowiedzenia, albo uzgodnił warunki wcześniejszego odejścia;

5) gdyby dostał wypowiedzenie, to miałby zarówno dwie kwartalne premie oraz ekwiwalent za urlop;

6) ale, zdaniem Sądu Najwyższego słusznie, nie dostał nic.

To ja się pytam – na co komu taki system prawa, który premiuje naruszanie prawa. I kiedy jeszcze widzę do tego rozwlekłe wywody, powołane stada orzeczeń z przeszłości, to mi się słabo robi.

I to był kanon sprawiedliwości numer jeden.

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

Kancelaria rozwija praktykę transakcyjną, nieruchomościową i okołogiełdową.

Obsługując ponad 100 podmiotów gospodarczych rozwija także praktykę korporacyjną.

Kancelaria Prawa Pracy, FATCA i Prawo Piłki Nożnej to kolejne dziedziny specjalizacji Kancelarii. Kancelaria i jej prawnicy rozwinęli szereg węższych, ścisłych specjalizacji prawniczych, opierając je na dotychczas zdobytym w tego typu sprawach doświadczeniu.

 Do góry