W sądach ważniejsza semantyka czy sprawiedliwość?

Felieton Michała Tomczaka w dzienniku "Rzeczpospolita" z dnia 3 listopada 2016 roku (dodatek: Praca i ZUS).

Jakiś czas temu uczestniczyłem w pewnej publicznej dyskusji na temat stosowania prawa z udziałem Tomasza Wardyńskiego, który powiedział, że w największym problemem polskich sądów jest dominacja semantycznej wykładni prawa, co jego zdaniem (interpretuję) oznacza, że orzecznictwo jest po prostu niedobre.

Gdyby te słowa wypowiedział jakiś znękany adwokat frustrat, który przegrał kolejną sprawę, ba, gdybym ten pogląd wypowiedział ja sam, to miałbym obawę, czy nie jest to dowód własnej niedoskonałości i nieumiejętności dogadania się z sądami. Ale Wardyński jest ostatnią osobą, którą można by podejrzewać o to, że w dyskusji podczas wolnych wniosków wyrzuca swoje znękania i frustracje.

Ostatnio miałem na przykład taką sprawę w sądzie pracy. Pracodawca zwolnił dyscyplinarnie pracownika za to, że w trakcie wypowiedzenia podwładny, który najpierw złożył zwolnienie lekarskie, zaraz przedtem rezerwował sobie hotel na Filipinach i w ostatnim dniu przed zwolnieniem wysyłał różne materiały firmowe objęte tajemnicą służbową, tylko, że pracodawca nie złożył w terminie odpowiedzi na pozew o przywrócenie do pracy. Sąd patrząc na sprawę formalnie, właściwie ma rację. W istocie rzeczy jednak udziela pełnego poparcia pracownikowi, który według wszelkiego prawdopodobieństwa naruszył wszystkie zasady lojalności wobec pracodawcy. Owszem pracodawca popełnił błąd i semantyczna wykładnia prawa działa przeciwko niemu. Ale sędzia prowadząca sprawę z całą pewnością widzi, że jest w tym wszystkim trik i oszustwo. W ogóle jej to nie przeszkadza. W najmniejszym stopniu. Decyduje to, że pracodawca nie złożył w terminie odpowiedzi na pozew (tłumaczył uchybienie, ale widać za słabo).

Zauważyć można, że sądu w takim przypadku w ogóle nie interesuje żadna „sprawiedliwość”, realny, społeczny wymiar sprawy. Sędziego interesuje to, czy „formalnie jesteśmy w porządku”. Tymczasem, prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie sensownego orzekania bez zadania sobie w pierwszej kolejności pytania o sens tej działalności.

W ogólności sprawy w sądach można podzielić na takie, w których aspekt sprawiedliwości jest na wierzchu i takie, które mają wymiar czysto prawniczy. W tych ostatnich wyrok nie służy żadnemu oddaniu racji moralnej jednej ze stron, tylko w ten czy w inny sposób służy uporządkowaniu spraw i tymi tu się nie zajmuję. Takich przypadków, w których sprawiedliwość zostaje podporządkowana formalnym argumentom są tysiące w naszych sądach. Ten system ciągnie wszystkich w dół i zachęca do stosowania wszelkich możliwych trików, obejść prawa, argumentów formalnych i tak dalej. Pewna masa krytyczna takich chwytów i sztychów powoduje, że nie możesz grać w inną grę, nie możesz dowodzić, że druga strona wygląda wprawdzie przyzwoicie, ale oszukiwała i była w zmowie. Nie możesz iść tą drogą, bo przegrasz. Lepiej sięgnij do takiego samego argumentu albo lepiej – zawczasu przygotuj sobie taki argument. Uknuj zmowę, zrób lipne kwity, przygotuj świadków, napisz pismo do drugiej strony, żeby odpowiedziała coś głupiego. I tak dalej...

Niestety, mam nieodparte wrażenie, że sądy na to pozwalają – z tej mianowicie przyczyny, że wtedy im łatwiej orzekać. Sądy, sędziowie czują się niezręcznie, powołując się na swoje odczucia czy na sprawiedliwość, koniecznie potrzebują tego „czegoś”, jakiegoś mniej lub bardziej sformalizowanego powodu, który pozwoli im przesądzić sprawę na jedną lub drugą stronę. Dlatego często uwielbiają wszystkie te wprawdzie naciągane do bólu, ale domknięte konstrukcje prawnicze, zwłaszcza proceduralne. To ich niejako zwalnia z posiadania własnego zdania i odwoływania się do własnych wartości.

Ostatnio miałem sprawę budowlaną o nieważność decyzji, którą przegrałem w dwóch instancjach administracyjnych, a następnie w wojewódzkim sądzie administracyjnym. Na sprawę przed NSA już nie poszedłem, bo uznałem, że nie mam szans. Przegrywać nie lubię. Znacie takich, co lubią?

Od początku postępowania podnosiłem wyłącznie argument, że uchybienia formalne wprawdzie były, ale nie mają one znaczenia dla wyniku sprawy. Bo, mówiąc, po prawniczemu, nie są rażące. A w takim przypadku organy i sądy oceniają wszystko, jak chcą, co oznacza, że kluczem powinien być zdrowy rozsądek, czyli sprawiedliwość.

Naczelny Sąd Administracyjny uchylił jednak ze szczętem wyrok WSA i napisał po swojemu, czyli mądrze wszystko to, co twierdziłem od czterech lat w tym postępowaniu. Przecierałem oczy ze zdumienia, czytałem uzasadnienie trzy razy. Naprawdę, sąd, i to NSA uważa dokładnie to samo co ja. Czyli, że formalne argumenty nie mają decydującego wpływu na rzeczywistość. Po mojemu: takie argumenty są zwykle ucieczką od zrozumienia sprawy. Od sprawiedliwości.

Znaczy się jest nadzieja. Oczywiście problem polega na tym, że mówimy tu o tak ogólnych zjawiskach, że nie sposób je prześledzić w sposób uporządkowany i systematyczny. Czy sądy idą w sensowną stronę, czy wręcz przeciwnie, wobec nawału spraw szukają częściej formalnego czy semantycznego motywu, zamiast zastanowić się, kto ma rację i dlaczego?

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

Kancelaria rozwija praktykę transakcyjną, nieruchomościową i okołogiełdową.

Obsługując ponad 100 podmiotów gospodarczych rozwija także praktykę korporacyjną.

Kancelaria Prawa Pracy, FATCA i Prawo Piłki Nożnej to kolejne dziedziny specjalizacji Kancelarii. Kancelaria i jej prawnicy rozwinęli szereg węższych, ścisłych specjalizacji prawniczych, opierając je na dotychczas zdobytym w tego typu sprawach doświadczeniu.

 Do góry