Warto walczyć o świadczenie do końca

Artykuł Michała Tomczaka w dzienniku "Rzeczpospolita" z dnia 14 czerwca (dodatek: Kadry i Płace).

Nie mam na ten temat żadnych statystyk. Ciekaw jestem, czy ma je Sąd Najwyższy. Otóż chodzi o wyroki uwzględniające kasację, czyli prowadzące do uchylenia wyroku drugiej instancji, gdzie – moim zdaniem – przeważają takie sprawy, w których sąd okręgowy wydał wyrok reformatoryjny w stosunku do wyroku sądu rejonowego. Innymi słowy, uważam, że Sąd Najwyższy stosunkowo często zgadza się w swoich rozstrzygnięciach z wyrokami sądu rejonowego.

Jeżeli się nie mylę, to takie zjawisko stanowi interesujący przyczynek do rozważań na temat funkcjonowania sądownictwa. Oczywiście, przyczynek ten należy widzieć w kontekście wyznawanej przeze mnie teorii odruchu moralnego jako podstawy orzekania, czyli tzw. teorii przyzwoitości.

W dużym skrócie rzecz ujmując, uważam, że sądy i sędziowie bardzo często wydają wyroki na podstawie swojego pierwotnego przeświadczenia o słuszności i przyzwoitości jednej lub drugiej strony. Dopiero potem dopisują mniej lub bardziej wyrafinowane uzasadnienie prawnicze, odniesienia do orzecznictwa i doktryny itd. Oczywiście nie dotyczy to wyroków opartych na procedurze lub też na wybitnie sformalizowanych dziedzinach prawa, w których po prostu nie da się pirma facie (ani nawet secunda facie) powiedzieć, co jest przyzwoite. W tych przypadkach norma jest jedynym punktem odniesienia. Ale w prawie pracy takie sprawy należą w zasadzie do rzadkości.

W sądach rejonowych są młodzi sędziowie, którzy zazwyczaj w większym stopniu kierują się podstawowym odruchem sprawiedliwości, w mniejszym zaś zastanawiają się, jak ich rozstrzygnięcie ma się do semantycznego, podstawowego rozumienia prawa. Potem jednak sprawa trafia do sądu okręgowego. Orzekają w nim sędziowie nauczeni przez system, w którym funkcjonują od lat, że podstawową kwestią jest to, czy wyrok jest dobrze uzasadniony zgodnie z konkretnym przepisem. Bo taki wyrok – tego uczy ich doświadczenie na różnych szczeblach kariery – ma szansę się utrzymać w drugiej instancji.

Jest to więc paradoksalnie doświadczenie, które doprowadziło ich od awansu do sądu okręgowego wtedy, gdy orzekali w sądzie rejonowym. Sędziowie bowiem oceniani są nie według tego, czy wydają wyroki sprawiedliwe (kto zresztą miałby tej oceny dokonywać), ale według tego, jaki odsetek ich wyroków jest uchylany. W sądach panuje więc cokolwiek oportunistyczny system, który – jak łatwo zauważyć – ma szansę na samo-replikowanie się. Przyjęcie pewnego kryterium (nazywam je tu umownie: orzekania w duchu semantycznym, bez wniknięcia w esencjonalną przyzwoitość czy też po prostu sprawiedliwość wyroku) prowadzi do awansu w hierarchii. To z kolei w szerszym planie prowadzi do gratyfikowania tego podejścia i utrwalenia takiego właśnie systemu.

Jeżeli jednak ktoś ma dostatecznie dużo czasu, cierpliwości i pieniędzy, może poczekać na wyrok kasacyjny Sądu Najwyższego. Sąd Najwyższy, pomijając, że obiektywnie stoi na bardzo wysokim poziomie nie tylko prawniczym, ale też po prostu intelektualnym, był dotychczas bardzo mocną gwarancją niezależności orzekania bez oglądania się na biurokratyczne, „poprawnościowe” wymogi systemu, które są tak charakterystyczne dla drogi awansu poprzez statystykę „uchyłów”. Otóż w Sądzie Najwyższym otrzymujemy na powrót szansę uzyskania wyroku po prostu sprawiedliwego, nawet jeżeli jego zgodność z dosłownym rozumieniem prawa została zakwestionowana przez sąd okręgowy (albo apelacyjny). Sąd Najwyższy ma bowiem wszelkie atrybuty, by na sprawy patrzeć z wysoka, z punktu widzenia, pardon, sensu funkcjonowania sądów w ogólności.

Klasyczny przykład z niedawnego orzecznictwa Sądu Najwyższego z wyroku z 15 marca 2018 r. (I PK 366/16). W skrócie rzecz ujmując w sprawie chodziło o interpretację przepisu układu zbiorowego dotyczącego uprawnienia do nabycia nagrody jubileuszowej. Zgodnie z dosłowną treścią przepisu pierwotnie nagroda przysługiwała za przepracowanie 45 lat pracy u któregokolwiek pracodawcy. W wyniku zmiany wprowadzono do układu przepis, zgodnie z którym warunkiem otrzymania nagrody było to, by pracownik przepracował 12 lat u tego pracodawcy.

Sąd okręgowy rozpoznający apelację od wyroku sądu rejonowego zinterpretował te zapisy w taki sposób, że nagroda przysługuje temu pracownikowi, któremu najpierw wybił licznik 45 lat pracy ogółem, a potem dopiero licznik 12 lat pracy u tego właśnie pracodawcy. Innymi słowy – jeżeli pracownik najpierw ukończył 45 lat stażu pracy ogółem, a dopiero potem 12 lat u tego pracodawcy, nagroda mu nie przysługiwała. (chyba właśnie wtedy przysługiwała?)

Tego rodzaju rozumienie przepisów układu zbiorowego wyglądało na całkiem zgodne z jego literalnym rozumieniem. Aczkolwiek, powiedzmy to jasno, było jawnie niesprawiedliwe z punktu widzenia zasady równego traktowania pracowników. Oto bowiem spośród dwóch pracowników spełniających te same kryteria (45 lat stażu pracy w ogóle i 12 lat pracy u obecnego pracodawcy) jeden z nich otrzymał nagrodę, a drugi nie. Zaś tym, co ich różnicowało, była tylko i wyłącznie kolejność ukończenia poszczególnych okresów.

Tak właśnie orzekł sąd rejonowy i tak właśnie orzekł Sąd Najwyższy. Inaczej niż orzekł sąd okręgowy. Przypadek? Nie sądzę. Moim zdaniem takie orzekanie można traktować nie tylko jako wyraz rozumienia sensu przyzwoitego stosowania prawa, ale jako wyraz intelektualnej niezależności. Która to niezależność w każdym przypadku wynika z innych motywów. W przypadku sądu rejonowego bierze się z naturalności i otwartości widzenia spraw, zaś w przypadku Sądu Najwyższego – z poczucia odpowiedzialności za sprawiedliwość jako taką, przy braku obawy o to, że ktokolwiek wyrok uchyli.

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry