Powiązania między spółkami a ubezpieczenia społeczne

Artykuł Michała Tomczaka na stronie internetowej www.rp.pl

Gdy mówię problem, zawsze przychodzi mi do głowy sławna anegdota z czasów, gdy premiera Wielkiej Brytanii Harolda Macmillana pytano o problem bliskowschodni. Na to pytanie miał on odpowiedzieć – problem? Jaki problem? Tu nie ma żadnego problemu, ponieważ dla tego konfliktu nie ma żadnego rozwiązania. Problem, zauważył Macmillan, jest wtedy, gdy konflikt można rozwiązać. Obawiam się, że tu jest podobnie.

Tworzenie podmiotów prawnych, zwłaszcza spółek, stało się banalnie łatwe. Obiektywnie rzecz biorąc nigdy nie było to nadzwyczaj skomplikowane. Co najwyżej powołanie podmiotu prawa budziło 20 lat temu bliżej nieokreślone obawy. Dzisiaj już nie budzi. Regulacje mające na celu zachęcenie do prowadzenia działalności gospodarczej, łącznie z akceptacją w obrocie spółki w organizacji, postawiły sobie za jeden z głównych celów, żeby było łatwo. No to jest łatwo.

Z drugiej jednak strony powołanie spółki z punktu widzenia obrotu prawnego ma kolosalne znaczenie. Takiej spółce przypisane są wszelkie możliwe cechy autonomii, odrębności i samodzielności. One są domniemywane. To, że spółka nie ma tych cech – tzn. że w jakimś stopniu jest fikcją, że została powołana do celu innego, niż samodzielne prowadzenie działalności gospodarczej – trzeba udowodnić.

Obecnie jednak system wykonuje woltę. Tak jak zachęcał do tworzenia odrębnych podmiotów prawa jako domniemanej esencji i istoty gospodarczej aktywności, tak teraz zauważa, że bardzo wiele z tych podmiotów służy wcale nie temu, do czego zachęcał system, tylko wprost przeciwnie – do obchodzenia systemu szerokim łukiem.

Od strony teoretycznej to znamy. Z jednej strony piękna metafora – piercing corporate veil (red. odpowiedzialność przebijająca, tj. odpowiedzialność wspólnika spółki kapitałowej za zobowiązania tej spółki). Z drugiej natomiast – całkiem pragmatyczna koncepcja single economic unit (red.: doktryna tzw. jednego podmiotu gospodarczego). W praktyce prawie każdy stan faktyczny oznacza coś innego, a już na pewno – każda ze stron sporu tak twierdzi. Stąd też, jak uważam od lat, sądy w wyrokach nie rozstrzygają, kto ma rację, tylko informują, z poglądem której strony się zgadzają.

W tak zwanej ustawie systemowej (trochę obłudna nazwa, zwłaszcza gdy z bliska się przyjrzeć, co to za system i jak działa), czyli fundamencie rozliczeń z tytułu ubezpieczenia społecznego, jest sławny (u nas) przepis art. 8 ust. 2a. Ta literka zawsze świadczy o tym, że ktoś majstrował w przepisach po tym, jak okazały się nieskuteczne. Z tego przepisu wynika, że – na potrzeby ubezpieczenia społecznego – za pracownika uważa się także osobę wykonującą pracę na podstawie umowy o świadczenie usług, czyli tzw. umowy cywilnoprawnej, jeżeli w ramach takiej umowy osoba wykonuje pracę na rzecz pracodawcy, z którym pozostaje w stosunku pracy. Czyli, innymi słowy, w tym przypadku nieważne jest (powtarzam, z punktu widzenia ubezpieczenia społecznego), kto pracownikowi płaci i z jakiego tytułu. Jedyne, co ważne, to na czyją rzecz taka praca jest wykonywana.

Jak to wszystko sobie ułożymy w postaci klocków, to wszystko bardzo ładnie wygląda. Ale jak się przyjrzymy tysiącom lub milionom stanów faktycznych z tzw. życia, to zobaczymy, że nadal każda ze stron ewentualnego sporu może twierdzić wszystko, co dowolnie będzie chciała i nie ma żadnych szans na kompromis.

Wyobraźmy sobie taką, zmyśloną, sytuację. Korporacja w branży IT tworzy wielki program do obsługi biznesu. Na program ten składają się moduły dla poszczególnych, szczególnie wyrafinowanych branż biznesowych. Do tworzenia tych modułów dla porządku i wyodrębnienia kosztów (a kto wie, może i z innych powodów) zawiązane zostały odrębne spółki.

Programista, imieniem Mariusz, zatrudnia się w spółce tzw. parterowej, czyli tej od modułów, na umowę o pracę. Jednocześnie jednak włączenie modułu do wielkiego rozwiązania systemowego wymaga jego pracy na rzecz spółki matki. W związku z tym zawiera on umowę o dzieło na wykonanie określonych prac wiążących moduł z rozwiązaniem systemowym.

Jeżeli jesteśmy takimi mądrymi prawnikami, to czy jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie, w którym momencie nasz programista pracuje dla spółki, w której jest zatrudniony, kiedy pracuje dla spółki matki, a kiedy wreszcie – dla spółki córki za pieniądze spółki matki? ZUS oczywiście powie, że wszystko to służy wykonywaniu zadań pracodawcy czy tej spółki od modułu. Spółki powiedzą, że główna część pracy polega na tym, jak powiązać części wielkiego software'u. I tak dalej.

Wbrew pozorom, ten stan faktyczny jest uproszczony w stosunku do tego, co notorycznie występuje w tzw. życiu w znacznie bardziej zawiłej postaci.

O tym, jak bardzo nie wiadomo, co z tym wszystkim zrobić i jak bardzo nie wiadomo, do czego to wszystko zmierza (poza oczywiście zwykłą, banalną kazuistyką, w ramach której każda strona będzie twierdziła, że ma oczywistą rację) niech świadczy choćby jeden wyrok Sądu Najwyższego z 3 października 2017 r. (II UK 488/16). W tym orzeczeniu jest wszystko – ważenie racji, ich analiza i zrozumienie, a koniec końców – ból istnienia. Bo Sąd Najwyższy, przy całych swoich zasadniczych ograniczeniach kasacyjnych, w gruncie rzeczy zatrzymuje się na poziomie oceny stanu faktycznego. Który to stan faktyczny – jak choćby powierzchownie zasygnalizowaliśmy – każdy może ocenić po swojemu, bez specjalnego naciągania.

I wtedy znów przychodzi mi do głowy przewrotna konstatacja Harolda Macmillana – czy rzeczywiście możemy mówić, że mamy problem, skoro dla tej sytuacji nie ma żadnego rozwiązania? ?

Michał Tomczak

Zajmuje się zarządzaniem projektami prawniczymi, transakcjami, w tym zwłaszcza nieruchomościowymi; specjalizuje się także w prawie sportowym, w ochronie danych osobowych i w innych specjalistycznych dziedzinach prawa korporacyjnego.

Czytaj dalej...

 Do góry